Trzeba obalić tynki ze ścian (Józef Gielo)

nakrzywyryj | 14 Kwiecień 2012 in Bez kategorii | Comments (0)

Wczoraj odebrałem paczuszkę na poczcie. W środku niewielkiej koperty znalazłem tomik poezji Józefa Gielo zatytułowany „Równiny nadziei”; wylicytowałem go jakiś czas temu na Allegro. Za całe dziesięć złotych kupiłem książkę, za którą autor, w 1981 r., dostał nagrodę prestiżowego pisma „Poezja”. Kiedy przyznawano mu ten laur – już nie żył. Patrzę na jego zdjęcia (jedyne, jakie wynalazłem w internecie); nie chce mi się wierzyć, że w chwili śmierci nie miał jeszcze pięćdziesiątki. Pobrużdżona twarz, grube rogowe okulary w stylu towarzysza Wiesława (Władysława Gomułki). Bez chwili namysłu dałbym mu sześć dych. A przecież, gdy mu te fotkę robili, był w moich latach. No, ale gdybym sobie wyhodował taką zaczeskę na łysinie, założył podobne bryle, wdział garnitur w najmodniejszym wtenczas kolorze czyli śliwkowym, pewnie też bym nabrał nobliwego, stosownego do wieku wyglądu. W Wikipedii piszą: „zmarł w marcu 1981 w nie do końca wyjaśnionych okolicznościach”. Bogdan Dworak, który dobrze znał Józefa Gielo, a nawet gościł go w swoim domu w Zawierciu, nic mi nie mówił o niewyjaśnionych okolicznościach. On okoliczności tej śmierci mi wyjaśnił. Ponoć Gielo, który podobnie jak inny nieszczęśnik polskiej poezji, patron naszego olkuskiego konkursu poetyckiego, Kazimierz Ratoń, miał problem z zameldowaniem w Warszawie. Korzystał więc z gościmy tych, którzy mu tej gościny chcieli udzielać. Jednym z takich chętnych był znany fotografik Erazm Ciołek. Autor kultowych zdjęć np. ze Stoczni Gdańskiej w czasie strajku Solidarności, gdzieś właśnie wyjechał, więc dał klucze Józefowi Gielo. Gielo korzystając z lokalu postanowił się wykąpać. Dworak twierdzi, że Gielo lubił bardzo gorącą wodę, wręcz wrzątek. Czerwony jak rak moczył się we wrzątku, w łazience mieszkania Erazma Ciołka. Co rusz dolewał do wanny gorącą wodę. I chyba serce nie wytrzymało tego waru. W każdym razie przekręcił się w tej wannie. Ponieważ nie zakręcił wody, to sąsiedzi, których chcąc nie chcąc zalał, zawiadomili kogo trzeba; drzwi wyważono i znaleziono martwego, o którym wszyscy byli przekonani, że to właściciel mieszkania czyli Erazm Ciołek. A kiedy fotograf wracał do kamienicy, spotkał na schodach sąsiadkę i jak ta go zobaczyła, to mało brakowało sama by zeszła śmiertelnie; bo jej się przecież umarły objawił.
Pamiętam, w „Polityce” czytałem tekst, o słynnej warszawskiej restauracji „Kameralnej”, knajpy, gdzie bywało środowisko literacko-artystyczne. Napisali nawet, że to „Kameralna” wykończyła Józefa Gielo, bo po wizycie właśnie w tym przybytku miał ów poeta pójść do mieszkania Ciołka i umrzeć w jego wannie. Ponoć jego towarzysze wódczanych eskapad przez kilka lat, właśnie w „Kameralnej”, wznosili toasty za pokój jego duszy. Na poetyckiej stronie Poewiki zaliczony został Józef Gielo do panteonu „Polskich Poetów Przeklętych” (w skrócie PPP, który to skrót można też rozwinąć w Panteon Polskich Pijaków), przy okazji, żeby jego przekleństwo jakoś podbudować, dopisano, że był alkoholikiem. Z całym szacunkiem, ale pokażcie mi poetę, który nie wylewa za kołnierz, a powiem wam, że żaden z niego poeta (podejrzewam, że nawet Zagaj, wieczorem, jak go już nikt ze środowiska nie widzi, swoją ćwiartuchnę obraca).
Taka to historia z Józefem Gielo, ciut upiorna, przyznaję, bo głóny bohater odgrywa głównie rolę zwłok w wannie. Nim jednak zmarł, był nawet dość ceniony. Jest mi bliski, bo podobnie jak ja pochodzi z pierwszego tygodnia roku, urodził się bowiem 5 stycznia 1934, w Rosach w gminie Stoczek Łukowski. Studiował polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim. Debiutował w 1957 roku wierszami we „Współczesności” (załapał się więc do Pokolenia Współczesności, głośnej grupy poetyckiej, której założycielami byli m.in. Roman Śliwonik i Marian Ośniałowski; ten drugi, też oryginalny, powiesił się później w Paryżu na świątecznie udekorowanej choince). Utwory poetyckie publikował Gielo w „Almanachu Młodych” , „Poezji”, „Kulturze”, „Tygodniku Kulturalnym”. Zajmował się także publicystyką i propagowaniem sztuk plastycznych. Pisał nie tylko poezję, ale także powieści: „Cena walki” (PAX 1963), a nawet monografię obozu koncentracyjnego w Rogoźnicy Gross-Rosen (KIW 1970), opracował materiały repertuarowe z poezji francuskiej dotyczącej Komuny Paryskiej pt. „Paryż na barykadach” (COMUK 1970) i piosenki partyzanckie „Partyzanckie ścieżki” (Nasz Klub, 1973). Sądzę, że poza powieścią, te książki pichcił dla chleba. Wydał trzy tomiki poetyckie: „Powroty” (Iskry 1974), posiadane przeze mnie „Równiny nadziei” (KAW 1980), i również wydane pośmiertnie, w dwie dekady po zgonie, „Przeczucia” (2001). Jaka jest jego poezja? Dość nierówna. Zresztą, co ja będę gadał, sami zobaczcie.
Sporo jego wierszy wpisuje się w nurt katastrofizmu; dla przykładu jeden z bardziej znanych, z tomu „Równiny nadziei”:

„Kolej rzeczy”

Za sto lat nasz czas
Będzie czasem archeologii
I tylko niewielu będzie miało
Wyobraźnie przepaloną
Tym samym słońcem

Żyjemy z niejasną nadzieją
Że ci z następnego stulecia
wprowadzą ład
w swoje i nasze dni

Nie spodziewajmy się niczego dobrego
Zaorzą nasze groby
Odsądzą od czci i wiary
A nasze idee
Będą im obce jak monologi kamieni

Zdarzają mu się też utwory podejmujące fajną zabawę z językiem, bliskie przez to lingwizmowi spod znaku Swena Czachorowskiego; wiersz z tego samego tomu:

„Nerwy”

Ja się wreszcie rozmebluję
Rozkluczę te szafki
Inkrustowane szufladki
Rozzamczę pudełka
Szkatułki skarbczyki

Co zakopertowane podrę
Grzebaniem w śmietniku obrócę
I cały porządek rzeczy
Rozmłotkuję na licytacji.

Trzeba obalić tynki ze ścian – nawoływał Józef Gielo w wierszu „Remont”. Niestety, teraz już się nie remontuje, teraz buduje się od nowa.


Zapładniać wątpliwościami (Agnieszka Gałązka „Lubię być w twoich ustach”, Gniezno 2010).

nakrzywyryj | 12 Kwiecień 2012 in Bez kategorii | Comments (1)

Agnieszkę Gałązkę znam z czasów, gdy jeszcze chciało mi się coś komentować w internecie, a nawet zamieszczać wiersze na popularnym ongiś forum poetyckim www.nieszuflada.pl. Pojawiła się tam dość niespodziewanie, od razu dało się zauważyć, że jej wiersze mają to coś, co je wyróżnia, nawet wśród dobrych wierszy (lecz pozbawionych tego czegoś). Nie chodzi o oryginalność, bo teraz każdy poeta mówi o sobie, jaki niby jest oryginalny. Tym czymś jest pobrzmiewająca w wierszach Gałązki melodia niezgody na sformatowanie rzeczywistości. Bywają poeci, którzy w harmonii z rzeczywistością piszą piękne, liryczne wiersze. Właśnie ta harmonia świata ich inspiruje, i w tej harmonii widzą sens pisania wierszy. Bywają jednak także znakomici poeci, którzy budują swój świat poetycki na niezgodzie, na zaprzeczeniu, na wyrażeniu swojego protestu wobec zastanego i zastygłego. Nawet jeśli okazują rezygnację, to jednak wyraźnie się czuje, że choć bunt im się wyczerpał, to istnieje ryzyko recydywy. Takie miałem wrażenia po wierszach Agnieszki Gałązki. Tak, przyznaję, był w nich również ten ton liryki, który dla własnej wygody nazwałem kiedyś feministycznym ukąszeniem. Ale jakoś to ukąszenie w jej wierszach mnie nie denerwowało. Wręcz przeciwnie: wydawało mi się najstosowniejszą formułą poetycką. Pozwalało tym wierszom wznieść się ponad codzienność, a metaforom przydawało nowego blasku.

Podobno picasso mieszał farby ze spermą, żeby jego sztuka była
nieśmiertelna. Nie mam tak łatwo; nie produkuję białka
w tej postaci ani nie maluję. Poezja kobieca zawsze była poszkodowana,
nawet jeśli trwała dłużej niż okres.
(awers)

Do tego dochodziły znakomite puenty, oj, na to zwracało uwagę wielu recenzentów z forum Nieszuflady (z drugiej strony narażało ją to na uleganie pokusie wieńczenia tekstu puentą tak błyskotliwą, że zaduszeniu ulegała treść wiersza). Niestety, byli i tacy, którzy nie potrafili wznieść się ponad bieżącą potrzebę upierdliwości, ponad aksjomat własnego posłannictwa krytycznego i spłoszyli poetkę z forum. Czułem jednak, że choć jej wiersze na Nieszufladzie przestały się pojawiać, ona nie zarzuci pisania, bo dobrego pisania nie da się zarzucić, ono na to nie pozwoli. I stało się. Przeczytałem po pewnym czasie, że Agnieszka Gałązka, rocznik 1984, mieszkanka Podlasia, wygrała Ogólnopolski Konkurs im. Andrzeja Krzyckiego na Debiutancką Książkę Poetycką. Książka ukazała się nakładem Prymasowskiego Wydawnictwa Gaudentinum, co było dla mnie lekkim zaskoczeniem. To trochę tak, jakby „Krytyka Polityczna” wydała „Dzienniczek” Siostry Faustyny. No, może odrobinę przesadziłem, ale po prostu bardzo mi się podoba, że prymasowskie wydawnictwo opublikowało książkę, w której są wiersze z pozoru nie pasujące do sfery, z jaką kojarzy mi się ta oficyna. Mamy tu bowiem zdecydowanie więcej profanum niż sacrum. Dość wspomnieć np. tekst zatytułowany: „wiersz, w którym podmiot jest głupią dupą” czy cytat do wiersza *** (mogłabym jeszcze coś zrobić), pochodzący z piosenki „Hujawiak” Marii Peszek, z błyskotliwymi frazami: „Puk. Puk, fuck, fuck?// Fuck jou, how do you do?”. Ale to dobrze, że są jeszcze takie zaskoczenia. Książka trafiła w moje ręce, bo ją od autorki wydębiłem. Prosty, najbardziej obecnie skuteczny sposób, by pozyskać nowości poetyckie. W wielu przypadkach zresztą jedyny możliwy. Znaleźć w necie adres, napisać meila, zaskomleć o egzemplarz – żadna i żaden nie oprą się takiej prośbie. Z ogromną ciekawością zagłębiłem się w lekturze. Rożnie bywa z moim czytaniem tomików. Bywa, że czytam je od deski do deski, co np. przytrafiło mi się ostatnio z „Forever” Marka Czuku czy z „Wyjściem w ciemno” Roberta Rutkowskiego, albo czytam wiersze w różnej kolejności, aż uświadamiam sobie, że już wszystkie przeczytałem i wtedy doznaję zawodu, bo jeszcze bym poskakał (ostatnio Hruška). Są tomiki, z których część wierszy czytam z przyjemnością, a część przechodzi jakoś koło mnie, a może bardziej ja obok nich (oj, mógłbym wymieniać do następnej strony). Są wreszcie tomiki, których nawet nie chce mi się otwierać. I tych jest najwięcej, ale dość już o systemie kwalifikacji! Wracam czym prędzej do książki, którą czytałem z prawdziwą satysfakcją, choć – jako mężczyzna – powinienem się pewnie wykazać także ostrożnością, gdyż czytanie tych wierszy miejscami przypomina spacer po poetyckim polu minowym. Co jakiś czas któryś z ładunków eksploduje, a my, czytelnicy płci męskiej, zostajemy sam na sam z własnymi głupawymi uśmieszkami.
Dla mnie najważniejszym wierszem tego tomu jest „Sztuka sprzątania”, poprzedzona znamiennym cytatem z wiersza Wincentego Różańskiego. By nie być gołosłownym:

Agnieszka Gałązka

sztuka sprzątania

„wiersz nic nie wyjaśni nic nie rozwiąże
ale to obowiązek
jak zamiatanie ulicy”
W. Różański

nie jestem tu po to żeby mówić jak powinniście żyć czy kochać.
Gotowych odpowiedzi szukajcie u coelho albo innego wojownika
światła.

lubię kłamać zmyślać siebie na różne sposoby. Nadstawiam policzek
najczęściej po to byście mnie po nim polizali

a jeśli piszę o gwiazdach mam na myśli czerwone cętki
poparzeń na skórze. a jeśli mam na myśli podcinanie gardeł to piszę
wciąż żywe frazy w lirycznym dialekcie

nie chcę tego robić ale ktoś musi wyciągać śmieci spod dywanu
zamiatać pod progi waszych domów

Właśnie. Autorka daje tu kredo swojego pisania. Ona nam nie mówi, jak żyć; ona nam mówi, jak ona chce żyć. I jak ona by żyła, gdyby nie my! A my to możemy zaakceptować, albo się odwalić. Ma oczywiście do nas pretensje, że jesteśmy szowinistami (więc musi nas uświadamiać) i brudasami (ona musi po nas sprzątać). Ale już się z tym pogodziła. Traktuje nas jak nie zdających sobie sprawy z własnych ułomności skurwieli. Być może tacy jesteśmy: faceci głupi, kobiety rozlazłe. Chyba nawet na pewno. Tylko, czy większość z nas tym się przejmuje? Poetka nie zadaje sobie jednak pytań o sens swojego postępowania; doskonale wie, że jej pisanie niczego nie zmieni. Ale ten brak szans ją nie dekoncentruje. To nie cel jest w centrum jej zainteresowania, lecz droga do niego. To jest ostateczny dowód na dojrzałość tej poezji. Poetów buntowników, pragnących zmieniać świat, nie zmieniając siebie, jest od metra. Za to poeci, którzy zmiany zaczęli od siebie, a świat zostawili na drugie danie, są jak okapi: zadziwiająco niedopasowani do reszty i na wymarciu. Takich cenię najbardziej.
Znamienny jest też dla mnie wiersz „są trzy rodzaje prawdy, tobie nie dano żadnego”, który – chcąc nie chcąc – nawiązuje do słów księdza Tischnera, żartującego o: całej prawdzie, tylko prawdzie i g… prawdzie. Prawdę z wierszy Gałązki też można zdefiniować jednym wyrazistym słowem, jako: k… prawda.
Warto wspomnieć o języku tych wierszy, który jest nowoczesny, ale przy tym zrozumiały. To nie jest bełkot, w którym spoceni jak norka, doszukujemy się nieistniejących, nieznanych nawet autorowi sensów. Tu kawa bywa na ławie, choć i pod ławą zdarzają się ciekawe rzeczy.
Bardzo dobry tomik – słusznie nagrodzony w 2011 r. roku pierwszym miejscem na konkursie Złoty Środek Poezji w Kutnie (na najlepszy debiut poetycki roku). Cieszę się, że go wysępiłem. To przecież takie męskie: dostać coś od kobiety, nie dając wiele w zamian.


Zbijanie

nakrzywyryj | 11 Kwiecień 2012 in Bez kategorii | Comments (3)

To było na targu. Mówią nań: „Ruski targ”, bo faktycznie, kiedyś dużo tu było rosyjskich handlarzy. Teraz to jest już niemal czysto polski targ, choć, przyznaję zdarzają się nawet handlujący Wietnamczycy. Ale gość do którego podszedłem nie był ani Ruskiem, ani Wietnamczykiem. To był polski handlowiec; klasyczny typ, w dżinsowym komplecie, w adidasach, w czapce z daszkiem i z papierosem, którym okadzał sobie gęstego, rudego wąsa. W ofercie miał buty. Różne, głownie męskie trzewiki, kubek w kubek podobne do siebie, w których na prowincji chodzi się wszędzie: do kościoła, sklepu czy urzędu. Na ostatnia drogę również się nadają. Ja jednak wypatrzyłem u gościa fajne glany. Martensy to nie były, ale przypominały tzw. rumuny, kiedyś popularne wśród punkowców buty, które ongiś sprezentował mi Bufet, ciężko pracujący w Olkuskiej Fabryce Naczyń Emaliowanych. Zatrudnili go na takim samym stanowisku, jakie piastował Wałęsa w Stoczni im. Lenina – był elektrykiem. Kiedy mu kazali wybrać sobie obuwie robocze zobaczył stertę rumuńskich glanów, którymi wzgardzili inni przedstawiciele klasy robotniczej. Normalnym ludziom nie chciało się przewlekać tylu dziurek; ci profani wybierali buty z zamkiem błyskawicznym. Bufet wziął glany, przy okazji wysępił także kilka par dla kumpli – załapałem się na jedną z tych par. Służyły mi długo, padły dopiero na studiach. Został sentyment i teraz, patrząc na glany z ruskiego targu, zapragnąłem je mieć.
- Ile za te buty? – spytałem.
- Dwieście – powiedział beznamiętnym głosem sprzedawca.
Skrzywiłem się.
- Drogo – stwierdziłem oczywisty fakt, bo to było dużo więcej niż miałem w kieszeni.
- Coś opuszczę… – zachęcił.
Ile on może opuścić, pomyślałem, dwie dychy, góra trzy, a tu musiałby jeszcze długo opuszczać.
- Niech będzie za 190… – zachęcał.
Przyznać muszę, że w ogóle mnie tą opuszczoną dychą nie zachęcił.
- Ale się pan szarpnął, o dychę… – zadrwiłem.
Lekko poczerwieniał.
- A za ile pan chce kupić? – zapytał konkretnie.
A co mi tam, pomyślałem, zaszarżuję.
- Mam stówę! – rzuciłem.
O k…, przeszło mi przez myśl, chyba mi walnie?! Gość zrobił się purpurowy jak Winnetou i jego czerwony brat Lenin razem wzięci. Powietrza nabrał, by natychmiast je ze świstem wypuścić. Starsza kobieta, która oglądała kozaczki, odłożyła je i zapewne wietrząc w powietrzu awanturę pospiesznie się oddaliła.
- Coś pan, zwariował?! – wrzasnął właściciel stoiska z obuwiem. – Co mi pan tu…? Nie ma dyskusji!
Jak nie ma dyskusji, to nie ma, pomyślałem. Wzruszyłem ramionami i odszedłem. Przynajmniej zapytałem i wiem, że za stówę mi tych butów nie sprzeda. Gdybym nie spytał, to bym nie wiedział. Tak sobie dedukowałem. Obszedłem targ wkoło, ale nigdzie więcej podobnych butów nie zobaczyłem. Wychodząc przeszedłem jeszcze raz obok stoiska z rumunami.
Właściciel kamaszy nieco ochłonął, bo nawet spokojnie na mnie patrzył. To mnie zachęciło.
- To co? – zapytałem cicho.
Pokręcił głową.
- Za mniej jak 180 nie pójdą. Nie ma bata!
Przyoblekłem lico w wyraz głębokiego zasmucenia.
- Trudno. Pana strata…
Odszedłem. Na wszelki wypadek nie oglądałem się za siebie.
Nostalgiczny smutek, jaki mnie ogarnął na myśl, że nie udało mi się kupić butów tak łudząco przypominających moje rumuny z OFNE, ukoiłem piwem. Nie śpieszyłem się z jego wypiciem. Miałem czas. Z niedowierzaniem patrzyłem na zegarek; czas w knajpie rządzi się swoimi prawami. Płynie dużo szybciej niż na zewnątrz. Siedzisz za barem góra dwadzieścia minut, a tu już minęły dwie pełne godziny. Myślisz, jeszcze tylko jedno piwo, a tu od razu wypijasz dwa, albo i trzy. Około trzynastej postanowiłem sprawdzić, która godzina jest na wolnym powietrzu. Dochodziła piętnasta.
Chcąc, nie chcąc, idąc tam, gdzie szedłem, przechodziłem koło targu. A co mi tam, zaglądnę…
Gość pakował buty do pudełek. Obok stoiska stał samochód dostawczy z otwartą klapą.
- I jak tam? – zagadnąłem. – Sprzedał pan te buty? – pytałem radośnie, bo humor miałem świetny.
Chyba nie skojarzył mnie od razu.
- A… – mruknął – Pan od tych wysokich, wiązanych ponad kostkę…
Kiwnąłem głową, ze owszem, to rzeczywiście ja, osobiście, we własnej osobie, wciąż pełen dobrych chęci, by nabyć rzeczone obuwie.
- Niech panu będzie… – burknął – Za 150 panu opchnę…
Wzdrygnąłem się.
- Wciąż dużo za dużo… Mówiłem panu, że mam ino stówę.
- Bez jaj! – warknął. – Już wole na śmietnik wywalić, niż za pół darmo oddać!
- Trudno… – rzuciłem. – Pana buty, pana decyzja, ja chciałem kupić… Powiedziawszy te słowa poszedłem w głąb targu.
Trwało ogólne sprzątanie. Jak okiem sięgnąć handlarze zbierali swoje klamoty. Samochody pęczniały od towarów, nieliczni kupujący przechadzali się leniwie. Ceny leciały na łeb i szyje. Wręcz słyszałem ich obolały od upadku krzyk.
Wychodząc kolejny raz podszedłem do mojego sprzedawcy. Chyba czekał na mnie, bo miał już wszystko zapakowane, poza „moimi” rumunami, które stały w pozycji na baczność, jakby czekając na komendę: spocznij, do kupującego odmaszerować.
Sam mnie zagadnął.
- Panie, podejdź no pan.
Podszedłem.
- Wie pan co? Miałem panu nie sprzedać tych butów, bo cena, którą pan zaproponował była dla mnie obraźliwa. To nawet nie jest po kosztach… To kwota urągająca mi. Jestem handlowcem od laty i nie mam w zwyczaju sprzedawać towar poniżej kosztów produkcji. Gdzie bym dziś był, gdybym tak robił? Chyba na bezrobociu! O, właśnie, tam bym był. Postanowiłem jednak panu te buty sprzedać, ale nie dlatego, że mnie pan denerwuje. Nawet nie dlatego, że już nie mogę na pana patrzeć. Nie, sprzedam panu te buty, bo po pierwsze, jak ich panu dziś nie sprzedam, to pan po nie przyjdzie w piątek, a ja już nie chcę na pana patrzeć i mieć przez pana zmarnowany kolejny dzień targowy. A po drugie: nie chce mi się już tych buciorów dźwigać, bo są ciężkie jak diabli. Tak, tylko dlatego je panu sprzedam. Powiem panu jeszcze jedno, to właściwie jest skandal, że ja panu te buty opycham za stówę, bo przed tygodniem one były po 250 zł. No, dobra, dawaj pan tę stówę…
Wyciągnął rękę, ale nie na zgodę, tylko po tę stówę.
I tu był problem, który natychmiast mu wyłuszczyłem.
- Jest problem – zacząłem, bo problem był, bez dwóch zdań. – Ja tę stówę to miałem trzy godziny temu, ale w międzyczasie miałem wydatki, na ten przykład musiałem się napić piwa, tak więc… zostało mi…
Sięgnąłem do kieszeni.
(Nieprawdopodobne, jak szeroko potrafią niektórzy ludzie otworzyć oczy?!)
-… otóż zostało mi 92 złote. I jakieś grosze…
Dawaj ile masz, ty sk…! – warknął paskudnie.
To po prostu okropne, jak chamscy potrafią być sprzedawcy obuwia z targowiska. W życiu nikt na mnie tak nie warknął. I jak patrzył? Czy ja mu kogoś zabiłem? Czy ja mu krzywdę zrobiłem? Ja wtedy już nawet nie chciałem tych butów kupić! To, on sam się napraszał, żeby mi je sprzedać…
I on mi tych rumunów nie podął, on nimi we mnie rzucił. Były bez pudełka. Nawet mi ich nie włożył do reklamówki. Potem trzasnął klapą, wsiadł za kierownicę i odjechał dostawczakiem.
Zostałem z moimi rumunami. Czułem się równie szczęśliwy, jak wtedy, przed laty, gdy dostałem swoje pierwsze glany od Bufeta.

*

A potem przyszła zima, nawet nie jakaś sroga, i moje ukochane buty się rozkleiły.


WielkaNoc

nakrzywyryj | 6 Kwiecień 2012 in Bez kategorii | Comments (0)

Spokoju i oddechu Wam życzę w te święta Zmartwychwstania Pańskiego!

Jak napisał anonimowy wierszokleta:

Cukrowy baranek ma złociste różki
Pilnuje pisanek na łączce z rzeżuszki
A gdy nikt nie patrzy, chorągiewką buja
I cichutko beczy Święte Alleluja!

A dla bardziej wymagających „Pieśń paschalna” Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego

Nie Kalwaria, nie Golgota,
ale chmura szczerozłota
i wiatr skory;

nie noc i cierń, ale słońce
i blaski się wplatające
w kędziory.

Na tej szczerozłotej chmurze
fruniesz – zwycięski – ku górze,
„Sprawca zachwytów”;

lśni marszczona wiatrem szata,
a z szaty na Polskę spada
woń hiacyntów.

Za te cuda oczywiste
jakże ja Cię uczczę, Chryste?
Wierszem chyba.

Lecz patrząc na Twoją chwałę,
stanąłem i oniemiałem,
jak ryba.

Bo trudno ziemskim inkaustem
sprawy opisać przepastne:
wiatr i złoto -

chyba tylko oczy zadrzeć,
zasłuchać się i zapatrzeć
w szum odlotu.

Spójrzcie: nad Wieżą Mariacką!
Spójrzcie: już mały jak cacko
leci.

Wirują złociste koła.
Zieleń gra. Purpura woła.
RESURREXIT

I jeszcze stosowny materiał zdjęciowy…

http://www.spryciarze.pl/zobacz/jak-zrobic-dmuchanego-krolika-z-papieru


Świadek mimo woli

nakrzywyryj | 31 Marzec 2012 in Bez kategorii | Comments (0)

Katowice – Ligota, akademik Wydziału Nauk Społecznych Uniwersytetu Ślaskiego, początek lat 90-tych. Około południa. Właściwie powinienem być na wykładach, ale z sobie tylko znanych powodów wybrałem absencję. Dłuższy czas polegując (w oczekiwaniu na porę wydawania obiadów w stołówce studenckiej) przypatrywałem się zerwanej z karnisza zasłonce. Wieczorem, a właściwie już nocą, czy wręcz nad ranem, podczas suto zakrapianej imprezy, ktoś za nią pociągnął. Nie wyglądało to dobrze. Powinienem wstać i doprowadzić ją do ładu, ale mi się nie chciało. Im jednak dłużej na nią patrzyłem, tym mocniej mnie denerwowała. Do czasu, gdy wszystko z nią było w porządku, w ogóle na nią nie zwracałem uwagi, ale teraz, taka zerwana, rzucała się w oczy i irytowała. Dłużej nie mogłem tego tolerować. Podjąłem ważką decyzję wyjścia z wyra. Tępe pulsowanie w skroniach spowodowało u mnie moment zawahania, ale skoro podniosłem się już do połowy, to szkoda mi było zmarnować tyle energii. Doprowadziłem do względnej pionizacji. Nie było źle – dawałem radę. Ustawiłem więc pod oknem krzesło i wspiąłem się na nie. Już po kilku nałożonych żabkach spociłem się. Tak, z moją kondycją nie było jednak najlepiej. Zerknąłem za szybę, na balkon: – O k…! – wyrwało mi się. I wtedy usłyszałem delikatne pukanie do drzwi. Nikt z kumpli tak nie pukał. Oni nie pukali – oni kopali w drzwi. A ten ktoś pukał subtelnie, tak jakby przeszkadzając, chciał jednocześnie sprawiać wrażenie kogoś, kto w żadnym wypadku nie chce przeszkadzać.
Wszelako pukanie przerwało mi pracę, więc pukający, chcąc nie chcąc, przeszkodził mi. Stałem na krześle, na wysokościach, w samych slipach i analizowałem sytuację. Czy wypada będąc tak ubranym, a raczej tak rozebranym, przyjmować gości? Z drugiej strony jestem u siebie, w akademickich pieleszach, więc w czym problem?! Nie chciało mi się schodzić i ubierać, bo przecież wizyta mogła być przypadkowa, krótka, albo i niekonieczna, więc skoro już wlazłem na to krzesło i zabrałem się za tę cholerną zasłonkę, to tu zostanę i dokończę to, co zacząłem.
- Wlazł! – poprosiłem kulturalnie.
I wlazł taki jeden, wylękniony, zgięty w pół, z czasopismami w ręce. Wyglądał niczym księgowy, który przyniósł do dyrektora roczny bilans. Mógł mieć ze trzydzieści lat, może nawet mniej. Szybko zdusił w sobie efekt lekkiego zaskoczenia. Przyszło mi do głowy, że już chyba sporo pokojów obleciał, a jeśli był na przykład u Icka, który prowadził renomowaną spelunę, to nic już nie powinno go zaskoczyć. On tymczasem rzekł, jak jaki Zaratustra:
- Czy nie zadaje pan sobie pytania, dlaczego Bóg toleruje zło?
O dziwo mój mózg pracował na szybkich obrotach, w lot pojąłem, kto zacz. Odpowiedziałem natychmiast.
- Na litość boską, sam sobie na nie już dawno odpowiedziałem. W tym momencie zadaję sobie dwa dużo poważniejsze pytania. Wie pan jakie? – spytałem.
Pokręcił głową, że nie wie.
- Pierwsze brzmi: kto zerwał tę cholerną zasłonkę, przez co ja, nieomalże skoro świt, muszę ją na powrót zawieszać? A drugie: który z tych sukinsynów, których ugościłem po królewsku, nie licząc się ze skromnym środkami, jakie otrzymuję w ramach stypendium socjalnego, narzygał mi na balkon? Wy, świadkowie, podobno wszystko wiecie! Więc czekam na odpowiedzi! Słowa wypowiedziałem twardo, dobitnie. Mój świdrujący wzrok wbił się w gościa, jak nóż i widelec w schabowego.
- To ja przepraszam… – powiedział. I wyszedł.
Oba nurtujące mnie pytania do dziś pozostają bez odpowiedzi.


Decyzja

nakrzywyryj | 30 Marzec 2012 in Bez kategorii | Comments (0)

Postanowiłem wreszcie zrobić coś wielkiego, coś wręcz heroicznego; coś, co was nieprawdopodobnie zaskoczy. I nie będę się ociągał – myślę – zrobię to od razu, w tej chwili. Przecież ktoś może mnie ubiec! Dość gadania, biorę się do roboty. Ale, zaraz, zaraz… A co z przeciwnościami? Co z oporem materii? I wreszcie: co z moją niechęcią do działań pochopnych? Wręcz: co z moją niechęcią do jakichkolwiek działań, którą to przypadłość każdy psychoanalityk nazwałby niechybnie wyczerpaniem emocjonalnym, a może nawet syndromem wypalenia?! Poważne obawy mnie dopadły, więc po przemyśleniu całej sprawy, rozważenia wszystkich „za” i „przeciw”, uznałem, że teraz będzie jednak odrobinę za wcześnie. Po co się spieszyć? Pospiech jest złym doradcą. Kiedyś mądrzy ludzie mówili: jak się człowiek śpieszy, to się diabeł cieszy. Mądrych warto posłuchać. Może więc zrobię to, co sobie zamierzyłem, w przyszłym tygodniu? Albo nie, bo to, wiadomo, czas świąteczny, więc po świętach, tak, wtedy to zrobię. Szykujcie się! To będzie coś wielkiego! Och, jeszcze jedna sprawa, gdybym zapomniał, bo, wiadomo, przedświąteczne porządki, rozgardiasz, mogą mnie na tyle skołować, że odważna idea wyleci mi z głowy, uprzejmie was wszystkich proszę o przypomnienie. Dobrze? Będziecie tacy mili? Świetnie, to jesteśmy umówieni. No tak, a jak wy zapomnicie? Kto wtedy wam przypomni, że mieliście mi przypomnieć?


Papier

nakrzywyryj | 29 Marzec 2012 in Bez kategorii | Comments (0)

Sklep spożywczy, wiadomo, za ladą kobieta, na ladzie kasa fiskalna z wagą, w tle rzędy półek uginających się pod towarami różnej jakości, te tańsze bliżej, na wyciągnięcie reki, te droższe na wyższych półkach, gdzie się kurzą i nikt tam wzrokiem nie sięga. Na ścianach ostrzegawcze napisy: „Na terenie sklepu obowiązuje zakaz spożywania alkoholu”, ale kto by się zakazami przejmował? Polak, ten, który pogonił Niemca pod Grunwaldem, Szweda pod Kircholmem, Turka pod Wiedniem i Ruskich pod Warszawą?! Zresztą piwo pije się na schodach, przed wejściem, czyli jak by nie patrzeć nie na terenie sklepu. Stoję w kolejce, ale jaka to kolejka, skoro jestem ja i facet przede mną. Od razu widzę, że to tzw. stały klient i czuję, że jest lekko wczorajszy. Na oko może mieć pięćdziesiątkę, ale nie zdziwiłbym się, gdyby był młodszy ode mnie. Ten typ tak ma. Gość przeszukuje kieszenie kurtki, spodni, znowu kurtki i ponownie sięga do spodni.
- Już pani Halinko, zaraz znajdę…
- Pieniędzy pan szuka, panie Staszku? – zapytała rezolutnie sklepowa.
Pudło.
- E tam, kto by miał pieniądze?! Karki szukam, z dyspozycjami…
Wreszcie znalazł, wyciągnął kartkę i krzyknął triumfalnie: – Jest!
Wyglądał w tym momencie niczym Chamberlain po konferencji Monachijskiej, który po wyjściu z samolotu pokazywał podobną kartkę, tyle, ze na tamtej nie było listy zakupów, ino traktat mający dać Europie pokój wieczysty. Wiadomo, jaki to był pokój…
- A tak bez kartki to nie potrafi spamiętać? – spytała sprzedawczyni.
Facet skrzywił się.
- Kto by tam spamiętał?! – powiedział.
Zauważyłem, że skaj z jego czarnej kurtki popękał i miejscami poodpadał.
- Jak to kto?! – zaoponowała sklepowa. – Pana żona wszystko potrafi spamiętać, a kupuje zawsze dwa razy więcej rzeczy, niż pan!
Mężczyzna nie skomentował tej jawnie dyskryminującej go uwagi. Zamówił, to co zwykle bierze się w spożywczaku: mleko, chleb, kawałek pasztetowej, papierosy, no i ćwiartkę żołądkowej gorzkiej czystej.
Wszystko to trafiło do foliowego woreczka, który sklepowa zawiązała na zgrabny supełek.
- 28 złoty 56 groszy! – obliczyła.
Mężczyzna ani drgnął.
- Na zeszyt wezmę… – powiedział, czym jakoś specjalnie sprzedawczyni nie zdziwił.
- Przyszedł pan papierkiem, panie Staszku, i ja pana też muszę zapisać na papierku – skwitowała sprzedawczyni.
Mężczyzna zacisnął wargi.
- A bo ja taki papierowy człowiek jestem… – jęknął.


Ostatni husarz spotyka Mrożka

nakrzywyryj | 28 Marzec 2012 in Bez kategorii | Comments (3)

Czytam, że przedwczoraj Kraków odwiedził Sławomir Mrożek; autor „Tanga”, obecnie zameldowany w Nicei, podpisywał książki w księgarni „Pod Globusem”. W relacjach z tego niecodziennego wydarzenia żurnaliści donoszą, że na podpis trzeba było czekać parę godzin. Boże, pamiętam, jakby to było dziś, z 15 lat temu, też w Krakowie, i też w księgarni – Sławomir Mrożek podpisywał książki. Tyle, że ludzi było jak na lekarstwo, to znaczy dokładnie były cztery osoby: Mrożek, pani przy kasie, ja i mój kolega Jacek K. Denel (nie mylić z poetą J. Dehnelem), historyk i dziennikarz, z którym byliśmy na szkoleniu dziennikarskim w Małopolskim Instytucie Samorządu Terytorialnego i Administracji. Tak więc patrzę i oczom nie wierzę, w kąciku, za stołem, przycupnął jakiś skurczony, chudy i kompletnie łysy gość, w charakterystycznych okularach. Przypominał przyczajonego sępa. Poznałem go! Toż to Mrożek! Żeby nie było żadnych wątpliwości przed pisarzem stała kartka z danymi osobowymi: „S. MROŻEK, pisarz”. Szybko nabyłem jedną z jego książek (przyznaję, najtańszą) i podszedłem. – Czy można zadać pytanie? – zagaiłem trzęsącym się głosem. – Można. – zgodził się Mrożek. – Dlaczego pan, piszący pełne humoru teksty, na co dzień jest taki ponury? – chyba byłem nieco niedelikatny, ale znałem Mrożka z wywiadów, z których wynikało, że ogólnie ma dość wszystkiego, zwłaszcza dziennikarzy zadających mu durne pytania. Chciałem, żeby moje było inteligentne. Popatrzył na mnie zmęczonym wzrokiem. Nie wyglądało, żebym go jakoś specjalnie zainteresował. – Pisanie to moja praca. Nie jest dobrze brać pracę do domu. – odpowiedział mi coś w tym stylu. Więcej pytań nie miałem. Może gdybym wcześniej wiedział, że w ciemnym kącie księgarni, pod regałem z książkami filozoficznymi, spotkam Mrożka, przygotowałbym się lepiej… Poprosiłem więc jeszcze o dedykację na świeżo nabytym tomie jego rysunków. – Co panu wpisać? – zapytał Mrożek. – Proszę mi wpisać „Ostatniemu husarzowi”; uwielbiam to opowiadanie… – Dobrze – zgodził się. Zaczął pisać. W tym czasie kolega Jacek zrobił nam zdjęcie. Nagle Mrożek podniósł głowę znad książki. Oho, pomyślałem, zrobiłem wrażenie moją znajomością jego twórczości. Pewnie powie mi coś miłego… A może spyta, czy ja sam też piszę? Wtedy ja mu powiem skromnie, że owszem, ale nie chcę mistrza męczyć gadaniem, on zaprzeczy: „ależ skąd, pan mnie nie męczy”… I rozmowa potoczy się dalej, w ten deseń.… Kto wie, może da mi swój adres, żebym mu coś ze swojej pisaniny podesłał. Ma się rozumieć, wyślę wszystko, co mam, dumałem. Potem on przeczyta, niewątpliwie będzie zachwycony i napisze mi list pełen nieskrywanego zachwytu, zapewniający, że moje opowiadania są na tyle świetne, że on z pełnym przekonaniem zarekomendował je w wydawnictwie Noir Sur Blanc. Wnet ukażą się w książce, którą krytyka uzna za objawienie. Będę sławny, będę udzielał wywiadów i miał kupę szmalu… Wpatrzyłem się w oczy Mrożka, w których dostrzegłem iskierkę zrozumienia. Bez dwóch zdań, myślałem, zbliża się moment, gdy on zada mi oczekiwane przeze mnie pytanie. Byłem tego więcej niż pewien.
- Jak się pisze husarz? – spytał Mrożek.
Zatkało mnie. Nie wiedziałem, jak się zachować, więc zbaraniałem. Tak, zbaranienie zdało mi się najrozsądniejszym sposobem wybrnięcia z sytuacji. A kiedy wreszcie ze zbaranienia się otrząsnąłem, na co, przyznaję, Mrożek czekał cierpliwie i z wyrozumiałością, to wtedy, niczym skończony idiota, powiedziałem mu, że: „husarz pisze się przez samo h”. Gdybym powiedział błędnie, miałbym dedykację Mrożka z koszmarnym błędem ortograficznym. I może teraz, posiadając książkę z takim kuriozum literackim, faktycznie byłbym sławny i bogaty. Ale, ponieważ zachowałem się jak skończony idiota, mam książkę z normalną dedykacją Mrożka, który, co gorsza, wpisuje ostatnimi czasy podobnych dedykacji na pęczki, więc ich wartość diametralnie spada.
Inna sprawa, że dziś, gdy sobie tę sytuację wizualizuję, mam coraz większą pewność, iż Mrożek sobie wtedy po prostu ze mnie zażartował.


Ni ma nikogo

nakrzywyryj | 27 Marzec 2012 in Bez kategorii | Comments (1)

Bus z Bukowna do Olkusza. Wsiadam w Bolesławiu, zasapany, bo biegłem. Sześć osób. W Olkuszu targ, więc pewnie jadą na zakupy. Mężczyźni i kobiety, mniej więcej parytet. Kiedy się gramolę na wolne siedzenie, trwa zażarta dyskusja na tematy polityczne.
- No, ale na kogo tu głosować? – spytał dramatycznym tonem kierowca.
Ton dyskusji nadaje starszy mężczyzna, przy kości, z białą bródką, w skórzanym kaszkiecie spod którego wystawały ciut za długie równie białe, jak broda, włosy.
- Panie, kogo by nie wybrać, sami złodzieje. Ni ma na kogo głosować.
Kierowca wbijając wyższy bieg, zastanawia się.
- Na Ziobrę…
Facetem z bródką aż zatrzęsło.
- Żeby nas wszystkich do więzienia wsadził?! – ostrzega.
Kierowca włączył lewy kierunkowskaz. – Pewnie spyta o lewicę? – myślę.
Zaskoczył mnie.
- To może na Pawlaka?
Wszyscy w busie, łącznie ze mną, wybuchają śmiechem.
- Ale on już był premierem i co pokazał? Nic! Ino se Wachowicz wziął na rzecznika… Tyle zrobił.
- Młódki mu się zachciało. On już miał trzy żony… – rzuca jakaś kobieta.
- Jo to się dziwię, z jakiego powodu ludzie się trzeci roz żenią? – pyta ktoś z tyłu.
- Dla nadziei! – wyrywa mi się. Miałem nawet dodać, że to taki „triumf nadziei nad doświadczeniem”, ale się powstrzymuję.
– Tylko pierwszy roz człowiek się żeni z miłości, a drugi i trzeci, to dla piniędzy – dodaje kobieta siedząca za mną.
Popiera ją chór głosów.
- Dobrze pani gada!
A facet z bródka na to:
- Widzieli ją, jaka doświadczona. Trzech mężów pani miała?
Zaśmiał się.
- A z Pawlakiem to nie jest prawda, że on miał trzy żony. Gdzie tam. Z tę samą cały czas się męczy, tylko żyją osobno – facet z bródką okazał się dobrze poinformowany.
A baba, za moim uchem, donośnie.
- Piniondze mo, to i baby lezą do niego. Zawsze na piniondze lazły.
- No, jako wicepremier, to on zarobi, będzie ze dwadzieścia tysięcy. A baby lubią bogatych – udzielił się w dyskusji busiarz.
I dodał jeszcze.
- Ale co by nie mówić, to za Kaczora tego złodziejstwa mniej było. Bali się go.
- Gadasz pan! – zirytował się facet z bródką – Kto się bał?
- No, urzędasy! – kierowca wiedział – Słyszałem, że tak się bali Kaczora, że nie brali łapówek…
- Eee tam… Może jeszcze wtedy nie do końca wiedzieli jak brać, dlatego nie brali – facet z bródką miał swoją teorię. – Złodziej na złodzieju. Wszędzie!
- No, to powiedz mi pan, na kogo głosować? Bo według mnie nie ma na kogo… – rzucił busiarz, kiedy mijaliśmy opłotki Olkusza.
- Na Palikota! – wypalił facet z bródką.
W busie zrobiło się cicho, jakby naraz makiem, owsem i gorczycą zasiał.
- Co pan… – żachnął się kierowca.
- No, tak, na Palikota! – zaparł się facet z bródką. – Lepiej nie będzie, ale będzie jeszcze weselej. Będą narkotyki, prostytucja… Legalnie…
Ludzie ryknęli śmiechem, a ja wysiadłem. Wcale nie było mi do śmiechu.


Dotknięty

nakrzywyryj | 23 Marzec 2012 in Bez kategorii | Comments (0)

Wsiadałem do busa. Jako przedostatni. Za mną był jeszcze podekscytowany facet z komórką przy uchu. Gość krzyczał, jakby chciał, żeby ktoś po drugiej stronie usłyszał go nie tylko przez telefon. Kiedy jedną nogą byłem w środku samochodu, gość za mną rozmyślił się i zamknął drzwi. To znaczy usiłował je zamknąć, choć nieco przeszkadzała mu w tym moja noga. Akurat dawałem kierowcy piątaka i stałem z wyciągniętą ręką, czekając na resztę – dwa złote i pięćdziesiąt groszy. Jęknąłem z bólu i energicznie się odwróciłem. Uważałem za stosowne zaprotestować. W końcu nogi mam tylko dwie i każda jest, że tak powiem, na wagę złota. Wtedy o coś się oparłem. Usłyszałem podniesiony, złowrogi głos kierowcy.
- Co mi pan tu nacisnął?
Nic nie naciskałem, przynajmniej celowo, ale w momencie miażdżenia mi nogi, o coś zahaczyłem ręką i pewnie mu któryś z klawiszy „dutknąłem palicem”.
Kierowca majstrował przy kasie fiskalnej. A więc to o to ustrojstwo z kolorowymi guziczkami zahaczyłem… – pomyślałem.
- Przepraszam, niechcący, facet przytrzasnął mi nogę – wyjaśniłem.
Mój osobisty dramat nie zrobił na kierowcy wrażenia.
- Ale po co mi pan tu naciskał! – on na to.
- Mówię panu, że ten gość z komórką chciał mi uciąć nogę drzwiami! – ja swoje.
- Dobrze, ale pan żeś mi tu coś ponaciskał. Po co mi pan tu naciskał? – on swoje.
Są takie chwile w naszym życiu, kiedy spotykamy się z totalnym niezrozumieniem. Niby mówimy językiem prostym, zdawać by się mogło zrozumiałym, nawet dla średnio rozgarniętego pięćdziesięciolatka, a jednak nas nie rozumieją. To była właśnie ta chwila. Pomyślałem, że jeszcze moment, a naburmuszony mężczyzna weźmie się do rękoczynów. Był mały, łysy, z wąsem, na co dzień podobnych jemu wciągam nosem, ale Bursa pisał, że kurduple są niebezpieczne i w „krytycznej chwili mogą zabić”. Oddałem się rozmyślaniom. Pewnie ja musiałbym go zabić, żeby mieć spokój. Czy jednak przytrzaśnięta noga to dostateczny powód, by kogoś pozbawić życia? Może już bardziej powinienem uśmiercić tego gościa z komórką…
Moje eschatologiczne solilokwium przerwał już niemal histeryczny głos kierowcy busa, który drżącą prawą ręką próbował zrobić coś z klawiszami kasy, jednocześnie lewą szukając w puzderku reszty dla mnie:
- Po coś mi pan tu ponaciskał?
Podjąłem męską decyzję.
- Proszę zwrócić mi pieniądze! Nie chcę z panem jechać!
Wściekły oddał mi piątkę. A ja zrobiłem to, co rezerwiści w słynnej piosence zaczynającej się pobudką o 5.30:
„P… drzwiami i tak się pożegnał z k…”