Trzeba obalić tynki ze ścian (Józef Gielo)
Wczoraj odebrałem paczuszkę na poczcie. W środku niewielkiej koperty znalazłem tomik poezji Józefa Gielo zatytułowany „Równiny nadziei”; wylicytowałem go jakiś czas temu na Allegro. Za całe dziesięć złotych kupiłem książkę, za którą autor, w 1981 r., dostał nagrodę prestiżowego pisma „Poezja”. Kiedy przyznawano mu ten laur – już nie żył. Patrzę na jego zdjęcia (jedyne, jakie wynalazłem w internecie); nie chce mi się wierzyć, że w chwili śmierci nie miał jeszcze pięćdziesiątki. Pobrużdżona twarz, grube rogowe okulary w stylu towarzysza Wiesława (Władysława Gomułki). Bez chwili namysłu dałbym mu sześć dych. A przecież, gdy mu te fotkę robili, był w moich latach. No, ale gdybym sobie wyhodował taką zaczeskę na łysinie, założył podobne bryle, wdział garnitur w najmodniejszym wtenczas kolorze czyli śliwkowym, pewnie też bym nabrał nobliwego, stosownego do wieku wyglądu. W Wikipedii piszą: „zmarł w marcu 1981 w nie do końca wyjaśnionych okolicznościach”. Bogdan Dworak, który dobrze znał Józefa Gielo, a nawet gościł go w swoim domu w Zawierciu, nic mi nie mówił o niewyjaśnionych okolicznościach. On okoliczności tej śmierci mi wyjaśnił. Ponoć Gielo, który podobnie jak inny nieszczęśnik polskiej poezji, patron naszego olkuskiego konkursu poetyckiego, Kazimierz Ratoń, miał problem z zameldowaniem w Warszawie. Korzystał więc z gościmy tych, którzy mu tej gościny chcieli udzielać. Jednym z takich chętnych był znany fotografik Erazm Ciołek. Autor kultowych zdjęć np. ze Stoczni Gdańskiej w czasie strajku Solidarności, gdzieś właśnie wyjechał, więc dał klucze Józefowi Gielo. Gielo korzystając z lokalu postanowił się wykąpać. Dworak twierdzi, że Gielo lubił bardzo gorącą wodę, wręcz wrzątek. Czerwony jak rak moczył się we wrzątku, w łazience mieszkania Erazma Ciołka. Co rusz dolewał do wanny gorącą wodę. I chyba serce nie wytrzymało tego waru. W każdym razie przekręcił się w tej wannie. Ponieważ nie zakręcił wody, to sąsiedzi, których chcąc nie chcąc zalał, zawiadomili kogo trzeba; drzwi wyważono i znaleziono martwego, o którym wszyscy byli przekonani, że to właściciel mieszkania czyli Erazm Ciołek. A kiedy fotograf wracał do kamienicy, spotkał na schodach sąsiadkę i jak ta go zobaczyła, to mało brakowało sama by zeszła śmiertelnie; bo jej się przecież umarły objawił.
Pamiętam, w „Polityce” czytałem tekst, o słynnej warszawskiej restauracji „Kameralnej”, knajpy, gdzie bywało środowisko literacko-artystyczne. Napisali nawet, że to „Kameralna” wykończyła Józefa Gielo, bo po wizycie właśnie w tym przybytku miał ów poeta pójść do mieszkania Ciołka i umrzeć w jego wannie. Ponoć jego towarzysze wódczanych eskapad przez kilka lat, właśnie w „Kameralnej”, wznosili toasty za pokój jego duszy. Na poetyckiej stronie Poewiki zaliczony został Józef Gielo do panteonu „Polskich Poetów Przeklętych” (w skrócie PPP, który to skrót można też rozwinąć w Panteon Polskich Pijaków), przy okazji, żeby jego przekleństwo jakoś podbudować, dopisano, że był alkoholikiem. Z całym szacunkiem, ale pokażcie mi poetę, który nie wylewa za kołnierz, a powiem wam, że żaden z niego poeta (podejrzewam, że nawet Zagaj, wieczorem, jak go już nikt ze środowiska nie widzi, swoją ćwiartuchnę obraca).
Taka to historia z Józefem Gielo, ciut upiorna, przyznaję, bo głóny bohater odgrywa głównie rolę zwłok w wannie. Nim jednak zmarł, był nawet dość ceniony. Jest mi bliski, bo podobnie jak ja pochodzi z pierwszego tygodnia roku, urodził się bowiem 5 stycznia 1934, w Rosach w gminie Stoczek Łukowski. Studiował polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim. Debiutował w 1957 roku wierszami we „Współczesności” (załapał się więc do Pokolenia Współczesności, głośnej grupy poetyckiej, której założycielami byli m.in. Roman Śliwonik i Marian Ośniałowski; ten drugi, też oryginalny, powiesił się później w Paryżu na świątecznie udekorowanej choince). Utwory poetyckie publikował Gielo w „Almanachu Młodych” , „Poezji”, „Kulturze”, „Tygodniku Kulturalnym”. Zajmował się także publicystyką i propagowaniem sztuk plastycznych. Pisał nie tylko poezję, ale także powieści: „Cena walki” (PAX 1963), a nawet monografię obozu koncentracyjnego w Rogoźnicy Gross-Rosen (KIW 1970), opracował materiały repertuarowe z poezji francuskiej dotyczącej Komuny Paryskiej pt. „Paryż na barykadach” (COMUK 1970) i piosenki partyzanckie „Partyzanckie ścieżki” (Nasz Klub, 1973). Sądzę, że poza powieścią, te książki pichcił dla chleba. Wydał trzy tomiki poetyckie: „Powroty” (Iskry 1974), posiadane przeze mnie „Równiny nadziei” (KAW 1980), i również wydane pośmiertnie, w dwie dekady po zgonie, „Przeczucia” (2001). Jaka jest jego poezja? Dość nierówna. Zresztą, co ja będę gadał, sami zobaczcie.
Sporo jego wierszy wpisuje się w nurt katastrofizmu; dla przykładu jeden z bardziej znanych, z tomu „Równiny nadziei”:
„Kolej rzeczy”
Za sto lat nasz czas
Będzie czasem archeologii
I tylko niewielu będzie miało
Wyobraźnie przepaloną
Tym samym słońcem
Żyjemy z niejasną nadzieją
Że ci z następnego stulecia
wprowadzą ład
w swoje i nasze dni
Nie spodziewajmy się niczego dobrego
Zaorzą nasze groby
Odsądzą od czci i wiary
A nasze idee
Będą im obce jak monologi kamieni
Zdarzają mu się też utwory podejmujące fajną zabawę z językiem, bliskie przez to lingwizmowi spod znaku Swena Czachorowskiego; wiersz z tego samego tomu:
„Nerwy”
Ja się wreszcie rozmebluję
Rozkluczę te szafki
Inkrustowane szufladki
Rozzamczę pudełka
Szkatułki skarbczyki
Co zakopertowane podrę
Grzebaniem w śmietniku obrócę
I cały porządek rzeczy
Rozmłotkuję na licytacji.
Trzeba obalić tynki ze ścian – nawoływał Józef Gielo w wierszu „Remont”. Niestety, teraz już się nie remontuje, teraz buduje się od nowa.

