„Moje” wiersze. O tomie „Forever” Marka Czuku
Rzadko mi się zdarza, bym przeczytał jakiś tomik od dechy do dechy. Na ogół skaczę po wierszach jak pchła po psim karku, z jednego miejsca, na drugie, do pewnych tekstów wracam po wielokroć, inne omijam jak zarazę. Moja metoda czytania poezji przypomina trochę skakanie po kanałach telewizyjnych. Stosując ową metodę godzę się na to, że raz trafiam na fascynujący film przyrodniczy o mątwach, albo na finał mistrzostw świata w piłce ręcznej, a innym razem np. na reklamę plastrów na stopy ponoć oczyszczających organizm z trujących dioksyn. Tomik „Forever” (ang. na zawsze) Marka Czuku zaskoczył mnie. O autorze wiedziałem dotąd tylko tyle, że jest poetą i krytykiem; sporo recenzji spod jego pióra czytałem w „Nowych Książkach” czy „Toposie”. Teraz, w notce „z pleców” tomu „Forever” (ukazał się jako dodatek do kwartalnika „Topos”), dowiedziałem się, że autor z zawodu jest fizykiem, a obecnie studiuje polonistykę. Podziwiam hart ducha poety, któremu po wydaniu ośmiu tomów wierszy jeszcze się chce uzupełniać wykształcenie. Jak to mawiają: szacun! Mam wszelako nadzieję, że studia polonistyczne nie zabiją w Marku Czuku uwielbienia dla literatury, o co, znając z autopsji wielu polonistów, przypuszczam nader łatwo. Wracam jednak do wierszy z tomu „Forever”. Zdecydowanie daje się wyczuć, że autorowi najbliżej jest do Nowej Fali. W tak precyzyjnie zaplanowanym koncept-tomiku wydaje się ona jedynie słuszną konwencją. We wstępie (Forever 1) Marek Czuku pisze: „Pragnę Ci przypomnieć w tym pamiętniku/ karty z Twego życia i Twych znajomych// Jeżeli uznasz te wiersze za swoje,/ ucieszę się szczerze…”. Zamiar się powiódł, dokładnie tak je odebrałem. Po wydaniu „poMazańca”, sporo czytelników mówiło mi, że oddałem w tej książce także klimat ich dzieciństwa. Byłem zdumiony, że tak wiele osób miało podobne do mnie wspomnienia, choć często byli to ludzie o dekady ode mnie starsi. Tu jest podobnie, jestem o osiem lat młodszy od Marka Czuku, a mimo to jego teksty o latach 1960-1990 są mi bliskie, wręcz próbowałem je podczas czytania rekonstruować pod własnym kątem. Zamysł poety był bardzo ciekawy, oddać w każdym z wierszy jeden rok z własnego życia. Początki siłą rzeczy muszą ginąć w pomrokach pamięci: „nic z tego nie pamiętam/ podobno bardzo chorowałem// podbój kosmosu i wyścig/ zbrojeń to tylko puste hasła” (1960). Podobnie jest w następnym roku: „ten rok to dziura w mojej pamięci/ chichot galaktyk które uciekają/ przed wścibskimi astronomami/ podrzucona do góry piłka która/ nie zamierza nigdzie spaść” (1961). Ta wisząca w powietrzu piłka, może (ale nie musi) być dowodem, że poeta rekonstruuje wspomnienie na podstawie zdjęć. Ale czy w tym najwcześniejszym okresie ma inne wyjście? Są jedynie zdjęcia i prawdopodobnie rodzinne opowieści o małym „Mareczku”, które kiedyś, zapewne autora zawstydzały (wypisanie z przedszkola, bo się dziecko usmoliło, ciekawe czym?), a teraz pieczołowicie zebrane stanowią kręgosłup niektórych wierszy. Świetne, znakomicie poprowadzone są te najwcześniejsze lata. Czuje się zaduch „małej stabilizacji” z czasów panowania Władysława Gomułki, wakacji z Funduszem Wczasów Pracowniczych, kartek na cukier. To świat wciąż żyjący w pamięci tych, którzy wiedzieli, życie jest na zewnątrz czterech ścian. Nie mam zamiaru negować tego, co mamy teraz, ale jakoś żal mi dzisiejszych dzieci, bo ich kontakt z naturą jest jakiś powierzchowny, okazjonalny. Na co dzień jest satelitarna telewizja, komórki, internet, gry komputerowe, mp3, z którymi to artefaktami nie mogą się równać dawne atrakcje, w rodzaju procy, hula-hop czy gry w chłopka. Już nie pamiętam, kiedy widziałem skaczące w gumę dziewczynki. Najgorsze, że dzieci początku XXI wieku zupełnie sobie z tego nie zdają sprawy. Boże święty, w ich wieku nie zdarzyło mi się, żebym nie wyszedł przez cały dzień z domu, no chyba że byłem obłożnie chory. Teraz karą jest, kiedy się każe dziecku wyłączyć kompa i wyjść na zewnątrz, by choć chwilę pooddychało świeżym powietrzem. Dziś atrakcje są nieustanne, więc przestają być czymś, na co się czeka. Teraz się nie czeka, teraz się wymaga. A kiedyś: „co poniedziałek czekam/ na zwierzyniec z psem/ huckleberrym i misiem yogim/” (1968).
Wiele z wydarzeń zapewne zostało przez poetę wplecionych w wiersze nie dlatego, że zapadły w jego pamięć (czy 3-latek może pamiętać, że Albania zerwała w 1963 roku sojusz ze Związkiem Radzieckim?), ale po to, by nadać tym rekonstrukcjom szersze tło. Konfrontacja wielkiego świata ze światkiem dziecięcym, ważkich wydarzeń z dramatami, którymi mało kto żyje, to konstrukcja, która posłużyła do zbudowania wielu wierszy. Lata 70-te, okres nazywany przez ówczesną propagandę „czasem dynamicznego rozwoju” i „niewątpliwych sukcesów”, to także okres, gdy „chłopcy górskiego i wagnera/ są nie do pobicia jak to się mówi” (1974), a rok 1976 w ogóle „to był naprawdę dobry rok/ o czym przekonamy się/ po czasie”. Świetna puenta, która mogłaby posłużyć do skwitowania całej „przerwanej” dekady Gierka. Pasuje doń równie dobrze, może nawet jeszcze lepiej, puenta z wiersza 1974: „na kółku w liceum/ poznaję liczby urojone”. Też mam wrażenie, że tamte lata, gdy to pompatycznie głoszono, iż jesteśmy dziesiątą potęgą ekonomiczną świata, to było jakieś totalne urojenie. Na marginesie, zaciekawiło mnie, że w wierszu o 1978 roku nie ma słowa o papieżu. Nie ma, bo czyż musiało być? Czy to jakiś patriotyczny obowiązek?!
Lata 80-te, niby posępne lata, ale wiek poety taki, że nawet traumatyczne wspomnienia (stan wojenny, Czarnobyl) bledną: „dwa razy ktoś mnie pobił/ życie jest jednak piękne”. Kiedy się ma 20 lat, pisze wiersze i kocha, życie nie może nie być piękne.
Ta sentymentalna podróż (ale, szczęściem, bez rozczulania się nad sobą i bez samochwalstwa), ów katalog wydarzeń istotnych i z pozoru mało ważnych, urywa się w 1990 roku („I to Cię zostawiam, mój Czytelniku,/ w tym punkcie na osi czasu i życia.” Forever 2). Autor przyznaje, że zmiany systemowe w Polsce to także mała zmiana systemowa w jego życiu, więc: „na siedem lat przestaję pisać” (1990). Zastanawiam się, czy fakt powrotu do pisania to dowód na to, że zmiana systemowa w życiu autora się udała, czy raczej zakończyła katastrofą? Żeby sobie odpowiedzieć na to pytanie, pewnie trzeba będzie poczekać na kolejny tom wierszy Marka Czuku. Ciekawe, jak zostanie zatytułowany? Żywię nadzieję, że to nie będzie „Never”!
Marek Czuku, „Forever”, Biblioteka „Toposu”, T. 56, Sopot 2010.


Miło oderwać się na chwilę od skrzekliwej rzeczywistości XXI wieku i przenieść naszą duszę utęstknioną do sentymentalnej krainy skupu surowców wtórnych, wyrobów czekoladopodobnych, misiów ze smietaną, sztucznych lodów, dmuchanego ryżu et cetera…